Łódź, miasto przeklęte

Reportaż opublikowany w Magazynie Świątecznym „Gazety Wyborczej” z 1 lutego 2014 roku.

Został uhonorowany Nagrodą PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego.

 

Łódź, miasto przeklęte

Śmierć pijanej kobiety w dziewiątym miesiącu ciąży, która z kijem bejsbolowym zatrzymywała auta. Pijany motorniczy zabijający przechodniów. Poćwiartowane i ukryte w beczkach dzieci… To nie przypadek, że zdarzyło się to w Łodzi

Ludzie piją na umór, odpalają fajerwerki. Potem łapią puste butelki, kije bejsbolowe i atakują samochody. Żądają pieniędzy za przejazd. Łodzianie witają tak nowy 2014 rok na ulicy Wojska Polskiego. To nie są peryferie miasta, ulica zaczyna się 500 metrów od Manufaktury, największej w kraju galerii handlowej, do której przeniosło się centrum Łodzi.

Kierowcy próbują uciekać. Wśród napastników jest 30-letnia kobieta w dziewiątym miesiącu ciąży, która pada na ulicę. Może straciła przytomność, a może próbowała zablokować przejazd. Miała 2,2 promila alkoholu we krwi. Zginęła pod kołami. Dziecka też nie udało się uratować.

Sześć dni później, święto Trzech Króli, godz. 13. Rozpędzony tramwaj na Piotrkowskiej przejeżdża skrzyżowanie na czerwonym świetle, taranuje samochód, a na przejściu dla pieszych zabija trzy kobiety. Pijany motorniczy nic nie pamięta. Został niedawno przyjęty do pracy, był na okresie próbnym.

W tym samym czasie rozpoczyna się proces 21-letniego nożownika. Rok temu, też na Piotrkowskiej, zadał kilkanaście ciosów chłopakowi, który próbował bronić dziewczyny.

Gdy niedawno rozmawiałem z urzędnikiem samorządowym odpowiadającym za wizerunek Łodzi, narzekał, że kojarzy się ona Polakom z makabrycznymi wydarzeniami. Takimi jak to z 2003 r.: rodzice zabili czwórkę dzieci, poćwiartowali je i ukryli w beczkach wstawionych do szafy w mieszkaniu tuż obok Piotrkowskiej.

Urzędnik przekonywał, że Łódź to miasto z przyszłością, dynamicznie przeobraża się i rozwija. A drastyczne wydarzenia, o których piszą dziennikarze, to przypadkowe incydenty, do których może dojść wszędzie.

Nie zgadzam się. To nie przypadek, że zdarzyły się w tym mieście. Stawiam tezę: tego rodzaju patologie mają poważne przyczyny. Łódź to jedyne w kraju wielkie miasto o tak dużej liczbie mieszkańców, którzy nie korzystają z rozwoju gospodarczego i nie odnajdują się w kapitalizmie.

Łódź powstała i opierała się na włókiennictwie. Po jego upadku wielu ludzi zostało pozostawionych samym sobie – nie poradzili sobie ani oni, ani ich dzieci. W języku socjologii to wykluczeni: nie pracują i nie potrafią znaleźć miejsca w społeczeństwie. Władze miasta ich nie dostrzegają, a rząd albo nie jest świadomy problemu, albo udaje, że go nie ma.

Bałuty i Chojny – naród spokojny

Stare łódzkie przysłowie głosi ”Bałuty i Chojny – naród spokojny”. Oznacza jednak coś przeciwnego – obie dzielnice zawsze uważane były za najbardziej niebezpieczne. To dawne robotnicze przedmieścia, na które od XIX w. ściągali za chlebem ludzie ze wsi i miasteczek. Nie wszystkim się udawało. Część nie wytrzymywała ciężkiej pracy.

Wychowałem się na Chojnach. Pamiętam ulicę Wójtowską, z kocimi łbami i płynącym obok rynsztokiem – mieszkańcy wylewali do niego nieczystości. Chodziłem tą ulicą do podstawówki.

Pamiętam ludzi z szarych biedakamienic. Mieli fioletowe twarze. Siedzieli w oknach i patrzyli w dal nieruchomym, szklanym wzrokiem. Część z nich to byli rodzice moich kolegów z podstawówki. Gdy byłem na studiach, w oknach na Wójtowskiej z tym samym wzrokiem siedzieli już moi koledzy.

U schyłku PRL na Wójtowskiej położono asfalt. W III Rzeczypospolitej powstały dwa nowe prywatne domy. Zniknął rynsztok, wyburzono dwie biedakamienice, kolejna opustoszała – okna zabito w niej dyktą. W pozostałych nadal mieszkają ludzie. Siedzą w oknach i patrzą w dal tym samym wzrokiem. To dzieci lub wnuki moich kolegów z podstawówki.

Moja ulica

– Spośród wielkich miast Łódź była największą ofiarą komunizmu – przekonywał Bogusław Grabowski, znany ekonomista i były członek Rady Polityki Pieniężnej przy NBP, w mojej książce ”Łódzka fabryka marzeń”. Opisałem w niej losy gigantycznych zakładów włókienniczych zbudowanych na kilkudziesięciu hektarach w środku miasta przez genialnego Żyda Izraela Poznańskiego. – Komunizm ”zakonserwował” dziewiętnastowieczne fabryki, które na kilkadziesiąt lat stały się ”skansenem” produkującym dla Związku Radzieckiego – tłumaczył Grabowski.

W PRL fabryka Poznańskiego wyglądała tak, jakby przeniesiono ją nietkniętą z poprzedniego stulecia. Na początku lat 70. Andrzej Wajda kręcił w niej ”Ziemię obiecaną”, a krytycy filmowi z całego świata dziwili się, skąd wziął tak wierną scenografię. Ale gdy w 1989 r. upadł komunizm i powrócił kapitalizm, fabryka splajtowała z dnia na dzień. Związek Radziecki wstrzymał zakupy, a żaden inny kraj nie chciał jej tkanin.

Przez kilkanaście lat fabryka straszyła w centrum miasta – zbudowana z czerwonej cegły, z wysokimi, masywnymi wieżami, wyglądała jak zrujnowany średniowieczny zamek. Zarastały ją drzewa, w ruinach biegały szczury. Uratował ją ostatni dyrektor Mieczysław Michalski. Przez lata przekonywał, aby fabrykę przebudować na coś na kształt ”starego miasta”, którego Łódź nigdy nie miała. Dopiął swego – na przekór politykom rządzącym miastem, którzy uważali, że łódzkie fabryki nadal powinny produkować tkaniny (niektórzy ciągle tak myślą!).

Francuskie fundusze z grupy Rothschilda zainwestowały ćwierć miliarda euro i w ten sposób został zrewitalizowany jeden z największych w Europie obiektów przemysłowych z XIX wieku. Powstała w nim Manufaktura, największe w Polsce centrum handlowo-rozrywkowe – wizytówka i główna atrakcja Łodzi.

Francuzi zrobili świetny interes – w 2012 r. sprzedali ją niemieckiemu Union Investment za 390 mln euro. Była to wówczas druga transakcja na rynku nieruchomości w Europie Środkowej.

Ulica Ogrodowa, przy której znajduje się Manufaktura, stała się jednak granicą dzielącą dwa światy. Z jednej strony lśniące, luksusowe centrum, z drugiej – rozpadające się robotnicze domy – famuły; kiedyś czerwone, dziś koloru nijakiego. Mieszkają w nich ludzie, którzy kiedyś pracowali w fabryce.

W dokumencie ”Moja ulica” reżyser Marcin Latałło przez kilka lat śledził życie trzech pokoleń rodziny z kamienicy naprzeciwko Manufaktury. Żyją tak samo, zmienia się tylko widok za oknem. Najpierw była to pracująca fabryka, potem ruina i plac budowy, w końcu imponujące centrum handlowe.

Dziadkowie tracą w fabryce zdrowie, dzieci – pracę, wnuki – nadzieję na zatrudnienie. Każde pokolenie powtarza ten sam cykl. Próbują zarobić na utrzymanie. Nie zawsze się im udaje, więc piją alkohol i się rozwodzą, mają problemy z prawem. Coraz trudniej wydostać się im z tej pułapki. Przepaść między tym, jak żyją, a światem po drugiej stronie ulicy wciąż wzrasta.

Dostosowanie przez śmierć

– Upadek włókiennictwa był oczywisty. Nie spodziewałem się tylko, że nastąpi to tak szybko – uważa Grabowski, który w 1993 r. był wicewojewodą łódzkim i opracował plan ”restrukturyzacji regionu”.

Według niego po upadku komunizmu zabrakło czasu, aby włókiennictwo zastąpić czymś innym. To zmniejszyło szanse miasta na dostosowanie się do wolnego rynku.

– W ekonomii jest pojęcie ”adjusting by dying”, czyli ”dostosowanie przez śmierć”. Jeśli impuls jest zbyt silny, naturalnym dostosowaniem jest zaprzestanie działalności i ratowanie tego, co się da – wyjaśniał mi Grabowski. – Ludzie w Łodzi nie widzieli perspektyw i zaczęli wyjeżdżać.

Łódź to ewenement na tle innych miast. W ciągu ostatnich 25 lat ubyło jej 140 tys. mieszkańców – to tak jakby zniknął Płock lub Opole!

W 1988 r., tuż przed upadkiem komunizmu, Łódź liczyła ponad 854 tys. mieszkańców, w 2013 r. – 715 tys. Firma konsultingowa PwC przewiduje, że do 2035 r. ludność miasta zmniejszy się o kolejne 150 tys.

Ewenementem jest też bezrobocie – dwa, a nawet dwa i pół razy wyższe niż w innych dużych miastach. Bez pracy pozostaje 42-44 tys. ludzi. Dane dotyczą jedynie zarejestrowanych bezrobotnych, a od stycznia do września 2013 r. 8,6 tys. ludzi wykreślono z rejestru, bo nie byli zainteresowani ofertami urzędu pracy.

Największy problem polega na tym, że z Łodzi wyjeżdżają młodzi wykształceni ludzie, którzy znajdują pracę w innych miastach. Pozostają starsi i ci bez wykształcenia, bo nie mają dokąd wyjechać.

Potwierdza to prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC: – Młodzi emigrują, a bezrobocie nie ma charakteru koniunkturalnego, lecz strukturalny: wielu bezrobotnych nie potrafi się przekwalifikować bądź w ogóle nie jest zainteresowanych pracą.

Według wojewódzkiego urzędu pracy wyższe wykształcenie miało zaledwie 11 proc. bezrobotnych (świeżo upieczeni absolwenci wyższych uczelni stanowili ułamek procentu). Największa grupa skończyła edukację co najwyżej na gimnazjum (40 proc.) i nie potrafi znaleźć pracy dłużej niż rok (także 40 proc.). Zdecydowana większość nie ma prawa do zasiłku, czyli w praktyce nie ma z czego żyć. To są właśnie wykluczeni, którzy nie potrafią się odnaleźć w kapitalizmie – prawdopodobnie największe w Polsce ich skupisko jest w Łodzi.

Łódź jak Detroit

Kilka miesięcy temu napisałem w ”Wyborczej”, że Łódź jest jak amerykańskie Detroit, które 18 lipca 2013 r. ogłosiło bankructwo. Przytaczałem opinię Bogusława Grabowskiego: – Oba miasta rosły na monokulturze przemysłowej. W Detroit była to motoryzacja, w Łodzi – włókiennictwo.

Według Grabowskiego, gdyby Łódź leżała w USA, również by splajtowała. Ale w Polsce nie może zbankrutować jakakolwiek gmina, bo państwo dotuje pomoc społeczną, służbę zdrowia i oświatę. W Łodzi pomoc rządu sięga blisko jednej trzeciej budżetu miasta.

Porównanie z Detroit było oczywiste także dla prof. Tadeusza Markowskiego, prezesa Stowarzyszenia Urbanistów Polskich. Stwierdził w ”Dzienniku Łódzkim”, że ten sam scenariusz zrealizował się w Detroit i realizuje się w Łodzi.

Porównanie wywołało burzę. Prezydent Hanna Zdanowska (PO) protestowała, że ”to deprecjonowanie Łodzi”. Przecież Detroit się pogrąża, a Łódź wychodzi na prostą. Mówiła: – Podejrzewam, że to nagonka. Zaczęliśmy aktywnie zabiegać o inwestorów, jesteśmy w czołówce i to budzi emocje w innych miastach.

Jacek Grudzień, dyrektor TVP Łódź, opublikował felieton, w którym narzekał, że w ogólnopolskich mediach Łódź od lat jest ”chłopcem do bicia”.

Dla Michała Frąka, mojego kolegi z łódzkiego wydania ”Wyborczej”, porównanie z Detroit jest krzywdzące, bo ”w Łodzi nie ma miejsc, gdzie się nie chodzi, bo można zostać zastrzelonym”.

Czy aby na pewno? Być może jest tak tylko dlatego, że w Polsce – w przeciwieństwie do USA – obywatele nie mają powszechnego dostępu do broni. Miejsca, w których łodzianie czują się zagrożeni, przedstawia ”Mapa przestępczości Łodzi” opracowana w kwietniu 2013 r. przez Stanisława Mordwę z Uniwersytetu Łódzkiego. Pokrywają się one z dawnymi dzielnicami robotniczymi. Należy do nich również śródmieście. Przed II wojną światową w kamienicach na jego terenie mieszkało wielu zamożnych Niemców i Żydów. Władze PRL zaludniły je robotnikami.

Polecam spacer po Bałutach i Chojnach oraz po ulicach Włókienniczej, Wschodniej i Kilińskiego w centrum. Można tam zobaczyć, jak naprawdę wygląda miasto i kto stoi (a czasem leży) w bramach.

Miejscowe elity myślą o Łodzi jak o metropolii, która w czasach PRL konkurowała z Warszawą. Ale to bezpowrotnie się skończyło.

Każda krytyka w prasie ogólnopolskiej jest przyjmowana jak ”atak Warszawy”, która źle życzy temu miastu. Ten kompleks wyhodowali w PRL lokalni dygnitarze. Wmawiali mieszkańcom, że w Łodzi żyło się źle, bo przemysł włókienniczy finansował stolicę.

Dzisiaj wciąż wszystkiemu winna jest Warszawa. Przybył dodatkowy argument. Gdy w latach 90. padały kopalnie, górnicy palili opony przed rządowymi budynkami, więc dostali z budżetu ogromne pieniądze na odprawy (nawet po kilkadziesiąt tysięcy złotych). Włókniarki z Łodzi nie były groźne i nic nie dostały. Górny Śląsk się podniósł. Łódź wciąż traci dystans do innych miast.

Rzeczywiście, kolejne rządy nie dostrzegały dramatycznej sytuacji Łodzi. Gorsze jest jednak to, że nie dostrzegały jej także kolejne ekipy rządzące miastem i nie miały żadnego pomysłu na to, dzięki czemu miałoby ono prosperować.

Czarna dziura

W ciągu 25 lat od powrotu kapitalizmu do Łodzi przyszli znani w świecie inwestorzy. Amerykańskie Gillette ma tu największą na świecie fabrykę ostrzy i maszynek do golenia. General Electric zainwestował w zakłady wytwarzające aparaturę elektryczną. Szwedzko-szwajcarskie ABB produkuje transformatory dla sieci energetycznych w całej Europie.

Od końca lat 90. Łódź stała się europejskim centrum produkcji sprzętu AGD. Włoski Merloni Indesit otworzył fabryki kuchenek i lodówek, a niemiecki BSH (Bosch/Siemens) – pralek, zmywarek i suszarek.

Po wejściu Polski do Unii Europejskiej amerykański koncern komputerowy Dell wybudował w Łodzi fabrykę laptopów i serwerów komputerowych. Przeniósł do niej produkcję z Irlandii.

W mieście zaczęły też inwestować kolejne firmy outsourcingowe oferujące usługi dla biznesu. Największą jest indyjski Infosys, który zatrudnia ponad 1,5 tys. osób. Zajmują się one m.in. obsługą finansowo-księgową dużych koncernów działających w 27 krajach. Centra usług w Łodzi uruchomiły m.in. Fujitsu, Samsung, Hewlett-Packard.

Call center przeniósł tu mBank i sieć telefonii komórkowej (Plus, T-Mobile).
Większość inwestorów przyciągnęła do Łodzi tania siła robocza. Bezrobocie to przekleństwo dla mieszkańców, ale atut dla inwestorów – mogą mniej płacić za pracę. Pod koniec 2013 r. średnia pensja w Łodzi wynosiła 3533 zł i była mniejsza niż w Lublinie, Opolu, Szczecinie czy Rzeszowie. Najlepiej zarabiało się w Katowicach (5064 zł) i Warszawie (4928 zł).

Nic dziwnego, że młodzi ludzie, którzy przyjeżdżają do Łodzi na studia, jeśli tylko mają taką możliwość, wyjeżdżają za pracą.

Po włókiennictwie pozostała wciąż wielka czarna dziura. Jeszcze w latach 80. pracowało w nim blisko 100 tys. ludzi – stukot maszyn słychać było na rogu każdej ulicy. Według GUS w Łodzi obecnie pracuje w nim co najwyżej 6-8 tys. osób.

Inne branże nadal nie wypełniły tej dziury. Wszystkie gałęzie przemysłu zatrudniają łącznie 41-50 tys. ludzi – zaledwie połowę tego, co kiedyś włókiennictwo. Łódź przestała być miastem robotniczym, stała się miastem trwale wykluczonych z rynku pracy.

Sukces czy życie na Marsie

Prezydent Zdanowska uważa, że sytuacja Łodzi jest znacznie lepsza, niż wynika z liczb podawanych przez GUS. Kilka miesięcy temu przekonywała mnie, że ”statystyki są przekłamane”.

Według niej ”teza o całkowitym załamaniu włókiennictwa jest nieprawdziwa”, bo produkcja przeniosła się do drobnych firm, które często działają w szarej strefie i w których wielu bezrobotnych pracuje na czarno. – Jeśli pan wejdzie do bloku po południu czy rano, usłyszy pan turkot maszyn – mówiła. – Widzi pan głodujących na ulicy?

Nie widzę, ale nie da się odbudować miasta na odzieży szytej pokątnie w blokach, a szara strefa to nie jest powód do chwały!

Władze Łodzi ogłosiły program wielkich inwestycji. Mają być finansowane z dotacji Unii Europejskiej, kredytów i miejskich obligacji. Tylko w 2013 r. przeznaczono na nie 1,2 mld zł – wśród dużych miast najwięcej po stolicy. A to dopiero początek.

Trwa budowa Nowego Centrum Łodzi. Ma powstać wokół dawnego dworca kolejowego Łódź Fabryczna. Sam dworzec już zburzono, zostanie przeniesiony do podziemnego tunelu – będzie kosztował prawie 2 mld zł.

Nowe Centrum Łodzi ma być dzielnicą, która odmieni oblicze miasta. Prowadzić będzie do niego Brama Miasta – 64-metrowy biurowiec ze szkła i aluminium w kształcie łuku triumfalnego. Zaprojektował go światowej sławy architekt Daniel Libeskind.

Trwa remont Piotrkowskiej oraz budowa tunelu, w którym ma biec trasa W-Z – główna arteria komunikacyjna Łodzi. Nad tunelem ma powstać nowy dworzec tramwajowy.

Prezydent ogłosiła, że Łódź dostanie 440 mln zł z Ministerstwa Rozwoju Regionalnego na rewitalizację starych kamienic. Zastrzyk pieniędzy ma być jeszcze większy, bo do 2020 r. na rewitalizację Polska otrzyma od Unii Europejskiej 25 mld zł – większość dla Górnego Śląska i Łodzi.

Łódź to miasto zdekapitalizowane. ”Odmalowanie witryny” to za mało. Co zmieni nowa kostka brukowa na Piotrkowskiej? Czy Łodzi pomoże nowy dworzec tramwajowy? Jeśli nie uda się znaleźć pomysłu na to, z czego mają żyć mieszkańcy, podziemny dworzec kolejowy przyda się przede wszystkim tym, którzy będą wyjeżdżać do pracy w innych miastach.

Potrzebne są inwestycje, które przyczynią się do rozwoju. Łódź miała szansę być najlepiej skomunikowanym miastem w kraju. W Strykowie krzyżują się najważniejsze autostrady: A1 północ – południe i A2 wschód – zachód. Brakuje jednak 10 km dwupasmowej drogi ze Strykowa do centrum Łodzi. Efekt jest taki, że z Warszawy do Strykowa jedzie się godzinę, ze Strykowa do Łodzi – prawie drugie tyle. Dlaczego nie pomyślano o budowie nowej drogi? Wysoki rangą miejski urzędnik całkiem poważnie odparł, że… nikt nie wierzył, że autostrady naprawdę powstaną.

Pozostaje najważniejsze pytanie: co zrobić z wykluczonymi, którzy sobie nie radzą? Gdy pytam o nich, słyszę, że ”z nimi nic się nie da zrobić”.

Opowiadanie o polskim sukcesie gospodarczym ludziom, którzy spędzają sylwestra na ulicy z kijem bejsbolowym, to jak mówienie o życiu na Marsie.

Kto przyprawił Łodzi gębę

Ponad sto lat temu Władysław Reymont pisał, jak do ”ziemi obiecanej” ciągnęli ludzie ”z równin odległych, z gór, z zapadłych wiosek, ze stolic i z miasteczek, spod strzech i z pałaców, z wyżyn i z rynsztoków”. Ale niewdzięczne miasto okazało się ”polipem”, który ”w potężnych szczękach miażdżył i przeżuwał ludzi i dawał w zamian nielicznej garstce miliony bezużyteczne, a całej rzeszy głód i wysiłek”.

Noblista przyprawił Łodzi gębę na kolejne stulecie. Było to na rękę komunistom, którzy dowodzili, że kapitalizm to największe zło tego świata. Do dziś pozostał stereotyp XIX-wiecznej Łodzi: krwiożerczy fabrykanci pławiący się w luksusie i rzesze wyzyskiwanych robotników – nędzarzy.

Prawda jest inna. XIX w. to dla Łodzi złoty okres. Stworzyło ją włókiennictwo, które było motorem rozwoju gospodarki w Europie. Łódzcy fabrykanci stosowali najnowocześniejsze zdobycze techniki. Byli rzutcy i innowacyjni. Zdobyli rosyjski rynek. Łódź stała się jednym z najszybciej rozwijających się miast świata.

Praca w fabrykach włókienniczych nie była lekka, ale do Łodzi gnała ludzi nadzieja na chleb i wyrwanie się z nędzy. XIX-wiecznych warunków pracy w fabrykach nie można mierzyć współczesną miarką. Znacznie bardziej tragiczne było to, że w XX w. te warunki niewiele się zmieniły. Nikt nie pamięta, że na początku lat 50. w upaństwowionej fabryce Izraela Poznańskiego pracowała setka nieletnich dziewcząt, a w dawnej fabryce Karola Scheiblera – aż 235!

Fabrykanci z XIX w. nie byli aniołami. Ale to oni zbudowali osiedla dla robotników, szkoły dla ich dzieci, kościoły i szpitale. Finansowali kluby sportowe i straż pożarną. Gdy w 1890 r. Poznańskiemu spaliła się przędzalnia, postanowił, że będzie nadal wypłacać pensje robotnikom. Chciał ich zatrzymać. Synowie Izraela w czasie I wojny światowej tłoczyli żetony na darmowy chleb dla swoich robotników. Nawet wtedy, gdy fabryka nie pracowała.

Poznański tuż przed śmiercią zwrócił się do rosyjskich władz o zgodę na założenie fundacji charytatywnej (podobnej do współczesnych fundacji Gatesa czy Sorosa). Chciał przeznaczyć na to milion rubli (wartość jego majątku szacowano na 12 mln). Car odmówił. Obawiał się, że dzięki fundacji fabrykant zyska zbyt duże uznanie i wpływy.

Anna Scheibler, wdowa po Karolu, największym konkurencie Poznańskiego, sponsorowała monumentalny przytułek dla starców i kalek. Gmach z czerwonej cegły przy ul. Narutowicza 60 jest niewiele mniejszy od pobliskiej opery. Takiej powierzchni nie miał żaden dom opieki społecznej w PRL ani w III Rzeczypospolitej.

Postawię tezę, która wielu oburzy. Łódzcy fabrykanci bardziej dbali o tych, którzy tracili u nich pracę oraz o ówczesnych wykluczonych, niż robimy to obecnie.

To nie jest złe miasto

W 1992 r. Paweł Smoleński opisał włókniarki z zamykanych fabryk: ”Trudno się zorientować, w jakim są wieku. Pracowały po 20-25 lat. Mówią, że są głuche, ślepe, zmarnowano im nogi i kręgosłupy. Są za młode, żeby umrzeć, za stare – żeby ktoś wziął je do pracy”.

Dziesięć lat później, w 2002 r., Lidia Ostałowska napisała reportaż ”Na Bałutach jeszcze Polska”. Rozmawiała z młodymi ”bałuciarzami” – być może dziećmi zwolnionych włókniarek. Wygoleni, w dresach, spędzali całe dnie na szkolnym boisku. Opowiadali, co robią, gdy dokucza im monotonia: ”Wskakujemy do tramwaju robić bydło. No, taką niby-zadymę. Wpadamy, drzemy mordy: >>Dawać go!<

W ostatnią noc sylwestrową nastąpił ciąg dalszy tej historii. Młodzi pijani ludzie z kijami bejsbolowymi zatrzymywali auta. Była z nimi kobieta w ciąży. Zginęła pod kołami. Łódzcy dziennikarze ”Wyborczej” relacjonowali: ”Odrapane kamienice i ciasne bramy. Na podwórkach leżą śmieci i resztki spalonego kontenera. Niektóre okna powybijane, inne zabite deskami. Przy ulicy sklep monopolowy z przygasającym neonem » Alkohole za grosze «. – Teraz się o tym mówi, bo doszło do tragedii, ale każdy sylwester tak tu wygląda – mówi sprzedawca”.

Niech puentą będzie cytat z reportażu Smoleńskiego z 1992 r.: ”To nie jest złe miasto. Ale ciąży nad nim jakieś fatum, może pod miastem jest jakiś uskok tektoniczny, może coś wisi w powietrzu…”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *