Kasa dla górników i zaścianek w Łodzi

Nie bywam na salonach. Kilka dni temu zrobiłem wyjątek. Zaprosił mnie znajomy na imprezę w rodzinnej Łodzi. Nie spodziewałem się, że spotkam tam aż tylu ważnych redaktorów. Na mój widok jeden z nich syknął: – „Odczep się, przestań pisać o Łodzi!”.
Naraziłem się mu, bo równo przed rokiem napisałem reportaż „Łódź, miasto przeklęte”. Nie może mi wciąż tego darować. Jest przekonany, że moim reportażem zepsułem pozytywny wizerunek miasta i optymistyczną wizję przyszłości.

Napisałem, że Łódź jest w najgorszej sytuacji spośród innych wielkich miast Polski. Upadek komunizmu w 1989 roku pociągnął za sobą upadek włókiennictwa w Łodzi. A to spowodowało ruinę gospodarczą. Miasto straciło podstawę bytu.
Łódź powstała w XIX wieku na handlu tekstyliami z carską Rosją; zbudowane wówczas fabryki po II wojnie światowej zaczęły produkować dla Związku Radzieckiego. Komunizm je zakonserwował. Gdy upadł, fabryki przestały być potrzebne – ich ruiny wciąż straszą, choć wiele wyburzono.
Kto wie, czy w Łodzi nie dokonała się najbardziej spektakularna zmiana w ciągu 25 lat wolnego rynku i demokracji w Polsce. Dokonała się na naszych oczach, ale przekroczyła granice wyobraźni. Blisko 100 tysięcy włókniarek musiało porzucić swój zawód. Pozostawiono je samym sobie. Przez 25 lat nie dostały od rządu ani grosza. Nie były tak groźne jak górnicy, którzy zjeżdżali do Warszawy, aby palić opony – szacuje się, że przez 25 lat dostali 150 mld zł! Właśnie znów zaprotestowali i wymusili od rządu kolejne miliardy.
Włókiennictwo w Łodzi umierało w ciszy. Zniknęło zanim ktokolwiek zauważył. Pozostała po nim czarna dziura i 40-50 tysięcy bezrobotnych – dziś to dzieci i wnuki dawnych włókniarek. Nie przystosowały się do nowych czasów – nie potrafiły, nie mogły, nie miały szansy. Nie mają pracy, nie korzystają z sukcesu gospodarczego nowej Polski. O tym właśnie napisałem reportaż.
To niewiarygodne, ale wielka zmiana, która dokonała się w Łodzi, wciąż nie jest uświadamiana – nawet wśród ludzi, którzy tworzą tzw. „elity miasta”! Wkurzyłem się, że politycy wszystkich opcji od lat zamykają oczy na to, co widać na ulicach Łodzi. Opowiadają te same banały i komunały oraz udają, że nie ma już bezrobotnych potomków włókniarek.
Reportaż był ostry. Przypomniałem serię dramatycznych zdarzeń z początku ubiegłego roku – na przykład śmierć pijanej kobiety w dziewiątym miesiącu ciąży, która w noc sylwestrową wspólnie z kolegami wyposażonymi w kije bejsbolowe, zatrzymywała auta w centrum Łodzi. Bo tam gdzie panuje bieda, czasem zdarzają się patologie. To oczywista zasada.

Okazało się, że naruszyłem „nieformalne tabu”. Rzesze ludzi bez pracy, którzy sobie nie radzą, to dla wielkiego miasta wstydliwa sprawa – lepiej nie pisać o bezrobociu, biedzie, a już na pewno nie o patologiach. Po opublikowaniu reportażu od lokalnych polityków usłyszałem: – „Co teraz powiedzą o nas w innych miastach!”.
Pewna radna prominentnej partii zaatakowała mnie na Facebooku, że mój reportaż to „stygmatyzacja” Łodzi. Abym zrozumiał o co jej chodzi, skopiowała z Wikipedii (widać innego źródła nie znała) definicję tego słowa.
Inny łódzki polityk z proeuropejskiej partii zarzucił mi, że skoro takie rzeczy piszę to nie jestem „prawdziwym łodzianinem” (zabrzmiało tak samo jak „prawdziwy patriota” lub „prawdziwy Polak” ).
Znana ekonomistka przysłała list do gazety, że się ze mną nie zgadza. W prywatnej rozmowie przyznała, że napisałem prawdę, ale oburzała się: – „Nie wolno o tym pisać w ogólnopolskiej gazecie o wysokim nakładzie. To psuje wizerunek miasta!”. Takie myślenie to robienie z Łodzi zaścianka. Pani Dulska się kłania!

Redaktor, którego niedawno spotkałem, uważa, że dziennikarze powinni ustalić, jak pisać o Łodzi. Popiera obecną panią prezydent, która rządzi od 2010 roku. Za pieniądze Unii Europejskiej buduje ona Nowe Centrum Łodzi, tunel i dworzec tramwajowy przy ul. Piotrkowskiej. Dała mieszkańcom nadzieję. Dlatego wybrali ją na drugą kadencję w pierwszej turze wyborów. Z tego powodu redaktor zachęca: – „Teraz o Łodzi trzeba pisać dobrze!”.
Kibicuję pani prezydent, ale nie zamierzam kolorować rzeczywistości. Nie będę także z nikim uzgadniał jak pisać o Łodzi. Nie mam okazji, bo z zasady nie bywam na salonach. Jako dziennikarz stawiam trudne pytania i nie zważam na to, że pani prezydent się obraża. Trochę niepokoi mnie, że nie odpowiada co zrobić z bezrobotnymi dziećmi i wnukami włókniarek. Jest przekonana, że włókiennictwo w Łodzi nie upadło – dowodem jest według niej to, że ludzie „na czarno” szyją odzież w mieszkaniach…

22 stycznia 2015

Jedna myśl nt. „Kasa dla górników i zaścianek w Łodzi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *